logo-reklamy-poziom2.png

Croagh Patrick: Góra, której nie było widać

Rafał Kiryluk.

Frajerstwo

Są lekcje, które przyswaja się wolno, a nawet wcale. Nie ufaj prognozom pogody w Irlandii – brzmi jak truizm. A ja zrobiłem co?! W piątkowy wieczór przełożyłem planowaną od tygodnia wspinaczkę na Croagh Patrick (Górę Św.Patryka) z soboty na niedzielę. Z powodu?! W rzeczy samej… z powodu prognozy pogody. Miało być słonecznie z niewielkim zachmurzeniem.

Kierując się czymś co w tamtym czasie nazwał bym głosem rozsądku, natomiast pisząc te słowa frajerstwem, łudziłem się obietnicą zachwycających widoków, aż po horyzont, które z kolei miały mnie skłonić do refleksji o moim miejscu na świecie. Uwolniony od laptopa, książek i innych rozpraszaczy miałem mieć możliwość rozwiązania konfliktu na Bliskim Wschodzie, znaleźć odpowiedź na przynajmniej jedno, a przy sprzyjających okolicznościach, wszystkie z trapiących ludzkość pytań natury filozoficznej.

Bojąc się przegapić dobrą aurę pośpiesznie mijałem wszystkie atrakcje na trasie. I co?! Gdy dojechałem na miejsce niewielkie zachmurzenie okazało się chmurami przysłaniającymi (na moje oko) jedną trzecią góry.

Góry

Co ci strzeliło do głowy?

Czytałem, że góra ma stożkowaty kształt i była miejscem odprawiania kultów jeszcze w czasach pogańskich. Patron Irlandii Św. Patryk miał na niej pościć 40 dni i uświęcić pogański zwyczaj wspinania się na szczyt, przy okazji wypędzając wszystkie węże z Wyspy.

Pielgrzymki na górę odbywają się od czasów wczesnego średniowiecza. W wiekach średnich najliczniejsze miały miejsce 17 marca, a więc w przypuszczalnym dniu śmierci świętego. Tak było do 17 marca 1130 roku, gdy w pątników uderzył piorun (zjawisko dość rzadkie w Irlandii). Po tym zdarzeniu masową pielgrzymkę, którą przewodzi lokalny arcybiskup przesunięto na ostatnią niedziele lipca. Teoretycznie pogoda w okresie wakacji jest mniej kapryśna, a już na pewno trudniej wtenczas o pioruny.

Pogodzony z losem i brakiem możliwości zweryfikowania kształtu góry skierowałem swe kroki ku szczytowi. Mijając po drodze stoiska, gdzie można kupić laski -symbol tutejszych pielgrzymów i podobno narzędzie niebywale pomocne w zdobyciu góry, starałem się rozniecić radość serca. Moje marzenia o górnolotnych przemyśleniach minęły, gdy zachwycony widokiem wrzosów na urwiskach zostałem zaatakowany przez chmarę muszek. Lekka mżawka i pot pozwoliły mi na zakończenie żywota setek tych stworzeń. Narzędziem mordu była moja twarz, którą mi oblepiły. Zniosłem to z godnością, kierując się dobrem innych pielgrzymów – wszak uszczupliłem zastępy tych latających stworzeń.

Na szczęście mój stoicyzm nie został wystawiony na zbyt długą próbę, ponieważ po przejściu kilometra zostałem uwolniony od muszek i stromizny. Trasa przejściowo ciągnie się wzdłuż zbocza, co pozwala zregenerować siły. Jeszcze tylko jedno podejście dzieliło mnie od szczytu. Dobrze, że szlak mierzy 3,5 kilometra, w tym czasie zdołałem pogodzić się z faktem, że moje zdjęcia nie ozdobią rozkładówki National Geographic. Dowód dotarcia na szczyt oraz wyjaśnienie ostatniego zdania na zdjęciach poniżej.

Góry

Polacy nie gęsi, iż swój język mają.

W drodze powrotnej słyszę rodaków. Dziewczyna prosi chłopka: „Zrób mi zdjęcie, fajnie tu zbocze opada w górę”. Zrobiło mi się żal chłopa. Równie dobrze mogła go poprosić o skonstruowanie statku kosmicznego. Jakie rozczarowanie spotkało niewiastę, gdy zobaczyła efekt końcowy oraz zbocze, które wbrew oczekiwaniom – rzec można na jej złość – zwyczajnie na świecie opada.

Na tym samym zboczu jest masa kamieni, które obsuwają się pod nogami. Tu spotkałem bosonogiego śmiałka u kresu wspinaczki. Zwyczaj to stary wśród tutejszych pielgrzymów. Lekko ponad trzy kilometry ma trasa na szczyt. Tyle chodziłem na drugi koniec swojej wsi w celu złożenia wizyty u znajomego. Dziś miałem na sobie tyle sprzętu, że mógłbym przetrwać tydzień w Amazonii. Zawstydzony tym faktem zostawiłem gościa bez butów za sobą.

Schodzę i moje serce na krótką chwilę ogarnia radość. Oto chmury się rozchodzą i mogę na koniec wędrówki podziwiać widoki. Wtem słyszę za sobą krok ciężki i miarowe sapanie. Widziałem tu wcześniej śmiałków, którzy biegli z góry i pod nią. Porwany myślą – postanawiam dołączyć do nich. Gnam w dół stoku, będąc czymś na kształt krzyżówki człowieka i barana górskiego. W tej jednej chwili chciałem wierzyć, że nie jest to jeden z momentów, gdy podpity wychodzę na parkiet i myślę, że tańczę jak Johny z Dirty Dancing. Pot się ze mnie leje, mimo strachu o skręcenie kostki biegnę i słyszę za sobą tych dwóch Panów:

– Co dobrze nam idzie?

– Zważając na to, że mamy 55 lat to całkiem nieźle. 40 minut w drodze powrotnej to przyzwoicie – odpowiada drugi.

Brawa dla władz

Zakończę czymś pozytywnym. W latach 80 XX w. odkryto tu złoża złota. Jednak lokalne władze powiedziały NIE dla kopalń. Mało takich przykładów we współczesnym świecie, gdy sacrum wygrywa z profanum. Szacunki mówią, że pokłady złota warte są 360 milionów euro.

DonGuralEsko nie masz racji; nie zawsze „Liczy się stopa wzrostu, puchnięcie kapitału”.

Oto portret mojej osoby na samym szczycie:

Widok ze szczytu na stronę zachodnią:

A tu na poważnie…. dwa zdjęcia, na których coś widać:

Rafał Kiryluk

Kirylucki blok na FB