Polska język – piękna język. Tylko w powszechnym użyciu czasem trochę uboga. Może właśnie dlatego słowo „dieta” tak bardzo mnie mierzi. Albo inaczej – do słowa samego w sobie nic nie mam, ale już używane w zdaniu „od jutra zaczynam dietę” czy też „jak skończę tę dietę to kupię sobie wielką porcje lodów” brzmi dla mnie wcale nie lepiej niż „WZIĄŚĆ” czy „WŁANCZAM”.

Otóż dieta to sposób odżywiania. I samo w sobie słowo „dieta” nie ma przypisanej kategorii + czy – . To po prostu styl żywienia danego człowieka (a czasem i społeczności). Moja dieta może być zdrowa lub niezdrowa, wysoko lub niskokaloryczna, oparta na produktach naturalnych lub też składająca się z samych wysokoprzetworzonych produktów typu fast-food. Nadal jest to moja dieta. Niestety, spopularyzowane zostało skrócenie terminu „dieta odchudzająca” do samego „dieta”, dlatego też większość nas używa tego słowa na określenie restrykcji – czy to kalorycznych, czy wykluczaniu danego makroskładnika. Niby nic wielkiego, ale może powodować zamęt.

Innym popularnym słowem na które się krzywię jest „schudnąć” (i wariacje na jego temat). Jak już pisałam, ciało ludzkie składa się z różnych rodzajów „budulca” – kości, mięśni, tkanki tłuszczowej czy wody. Schudnięcie oznacza jedynie spadek kilogramów na wadze. Nie jest to równoznaczne (niestety) z redukcją tkanki tłuszczowej, a o to przecież powinno nam chodzić. Zmniejszenie ilości tkanki mięśniowej spowoduje jedynie spowolnienie przemiany materii. Gdy słyszę (a słyszę!) zlote myśli typu „spoko, mam umięśnione nogi to z chęcią je sobie zmniejszę w ten sposób” to… no cóż, ćwiczę swoją cierpliwość i tylko się uśmiecham, mimo że w mojej głowie złośliwy głosik mówi „ja bym cię z chęcią zobaczyła, gdy zredukujesz swoją tkankę tłuszczową do poziomu 20%. Wtedy się okaże jak dużo z tych ‘umięśnionych’ nóg to faktycznie mięsień, a ile to tłuszczyk”. I uwierz mi, jędrność ani uczucie spuchnięcia mięśni po treningu nie mają tu za dużo wspólnego z faktyczną ilością tkanki mięśniowej. Także zamiast „chudnąć” – redukuj tkankę tłuszczową. A wagą, jak już kilka razy pisałam, się kompletnie nie przejmuj.

Nie lubię też piramid żywieniowych, szczególnie tych obowiązujących w Polsce i Irlandii. Omówię je pokrótce.  Piramida żywieniowa jest prostym (bo graficznym) przedstawieniem tego, co zdrowa osoba dorosła powinna jeść dziennie. Jest układana i modyfikowana przez specjalistów. Najnowsza wersja piramidy w Polsce została wprowadzona do użytku w 2016 roku i w porównaniu do wersji z 2009 – jest zdecydowanie lepsza. Ale nadal nie uwzględnia odkryć z dziedziny dietetyki dokonanych w ostatnich 10 a nawet 15 latach.

U podstawy mamy aktywność fizyczną, uwzględniającą zarówno sport jak i codzienną aktywność typu spacery czy zabawy z dziećmi – super. Dołożono również wodę (na boku piramidy), choć nadal według oficjalnych wytycznych jest to „1.5 do 2 litrów” zamiast „wg indywidualnego zapotrzebowania”. No ok, czepliwa jestem, może niesłusznie.

Zaraz nad aktywnością mamy (i tu najbardziej pozytywna zmiana) – warzywa i owoce. O ile co do warzyw to jestem „za” i tupię z radości jak dziecko że w końcu „zwyciężyły” z produktami zbożowymi, to co do owoców… Ja staram się być z nimi ostrożna. Szczegóły już za kilka tygodni (jest to tak skomplikowany wpis, że pracuję nad nim już od pewnego czasu i końca edycji nie widać).

Poziom „trzeci od podstawy” – nieśmiertelne w polskiej diecie zwyczajowej produkty zbożowe. Na plus – wiele z przedstawionych opcji to opcje pełnoziarniste (ciemne). Na minus – chleb chlebem pogania, a kaszy jak na lekarstwo. Ja osobiście dałabym odwrotnie.

Dochodzimy do poziomu czwartego (od dołu licząc) – nabiał. U… I tutaj kolejny „temat rzeka”. Otóż „mleko prosto od krowy” a to co znajdujemy w kartonikach z datą ważności „za pół roku poza lodówką” to dwa różne produkty. Ser składa się z mleka, podpuszczki i soli; coś co ma w sobie inne składniki (w szczególności utwardzone oleje roślinne) to produkt seropodobny. Co innego mleko, a co innego sfermentowane produkty mleczne. Jogurt jogurtowi nierówny… Mogłabym podać jeszcze kilka przykładów (a potem każdy rozwinąć w co najmniej długi akapit), ale aby nie przedłużać – zdecydowanie nie jestem fanką generalizowanej kategorii „nabiał” w piramidzie żywieniowej.

Poziom piąty to białko – i znowu mam kilka pytań do twórców tejże piramidy. Dlaczego jajko (najbardziej wartościowa i „najczystsza” forma białka zwierzęcego), ryby czy rośliny strączkowe są potraktowane na równi z mięsem i drobiem? Dlaczego te wszystkie formy białka są polecane w mniejszej ilości niż nabiał?

Poziom szósty i ostatni czyli tłuszcze. Niestety reprezentowane głównie przez butelkę oleju, w towarzystwie znikomych ilości orzechów i (chyba) oliwy. A przecież tłuszczy jest kilka rodzajów i nawet te odzwierzęce są wartościowymi dodatkami do naszej diety (o ile wiemy co, kiedy i ile stosować). Że o moim ukochanym awokado nie wspomnę.

Z piramidą irlandzką jest jeszcze gorzej, bo nie dość, że zawiera słodycze i słone przekąski (w polskiej wersji skreślone na boku piramidy), to jeszcze na równi z owocami i warzywami traktuje soki owocowe, brak jest poziomu dotyczącego spożycia wody, aktywności fizycznej i ograniczenia soli (skądinąd wcale nie takiej niezdrowej) a w dodatku kategoria tłuszcze to olej, majonez, masło i margaryna. Nawet orzechów nie wstawili…

O wiele bliższa memu sercu jest wersja japońska, gdzie owszem, węglowodany (głównie w postaci ryżu) są polecane jako pierwsze, ale już zarówno owoce jak i nabiał „przegrywają” z białkiem.

No cóż. Nie dość, że co kraj to obyczaj, to jeszcze co kraj to.. inna grupa lobbystów. Bo niestety to oni mają duży wpływ na rekomendacje ministerstw, urzędów czy instytutów. A przynajmniej taka moja teoria spiskowa (zresztą nie tylko moja). Podobny wzgląd na wygląd piramid mają warunki ekonomiczne ludności. Mięso jest droższe (i w hodowli, i w konsumpcji) od zboża. Jeśli teraz, czytelniku, pukasz się w głowę – może i racja, ale zwróć uwagę na jedną rzecz – piramida żywieniowa w postaci graficznej to koncept, który powstał w 1992 roku w Stanach Zjednoczonych (mimo że standardy żywienia były opracowywane już od końca XIX wieku, ale w innej formie niż piramida). Na podstawie tejże piramidy opracowano jej polski odpowiednik. Co wydaje mi się znaczące to fakt, że piramida została stworzona nie przez Agencję Żywności, ale przez Agencję Rolnictwa. „Dziwnym trafem” u podstawy piramidy znalazły się produkty zbożowe oraz kukurydziane, mocno subsydiowane przez amerykański rząd.

Na szczęście istnieje wersja zaleceń żywieniowych stworzona nie przez agencję rządową (jakiegokolwiek kraju), ale przez grupę naukowców z Katedry Żywienia Wydziału Zdrowia Publicznego na Harvardzie. Nie do końca zgadzam się z wszystkimi zaleceniami, ale jest to zdecydowanie najzdrowsza dostępna wersja wizualna dla zdrowego dorosłego człowieka.

Smacznego i do następnego artykułu. Tym razem o tym, co lubię najbardziej.

Dr Maja Skowron-Grześkowiak jest doktorem nauk o kulturze fizycznej. Specjalizuje się w psychologicznych czynnikach wpływających na aktywność fizyczną i odchudzanie. Ponadto posiada tytuł specjalisty do spraw żywienia, certyfikat trenera personalnego ze szczególnym uwzględnieniem sportów siłowych oraz jest absolwentką studiów podyplomowych z dziedziny psychodietetyki. Prywatnie – zapalona harcerka, działaczka społeczna a od listopada 2017 także mama małego Konrada